Zaglądam tu często tylko po to żeby się upewnić że wcale nie mam ochoty tutaj napisać. Tak, ochoty, mam co napisać ale nie mam ochoty. Trochę siebie samej nie lubię za to, tak samo jak za całe mnóstwo innych pieprzonych drobiazgów. Nie lubię jak psują mi się duże ilości drobiazgów na raz, duże ilości drobiazgów na raz urastają do rangi dużego_problemu_nie_chcę_już_dłużej_żyć_pozwólcie_mi_umrzeć. Tak to jest, właśnie tak, będę dziś powtarzać w kółko tak, tak właśnie tak. Rozwalone adidasy, zepsuty mikser, spalona lampka przy łóżku, skończona książka, wygięty parasol, padający deszcz, niewygodne spodnie, obtarta pięta, pokręcone włosy, żółte wdzianko chirurgiczne, głupie cipy dookoła, niemoje problemy, gniotący stanik, opierdole bez powodu, brak czasu, zapomniane kolczyki, samonapędzający się bałagan w pokoju, niechęć do ruszenia się, skończone waciki w łazience, powracający współlokator, sucha pizza, spleśniałe pomarańcze, serek z rodzynkami. Do tego stopnia, że aż mi się Inny Punkt Widzenia przypomniał. W negatywie, wypaczony, wypatrzony. Ale posłucham, może jako odtrutka da radę. Pseudointelektualizm, szampon przeciwłupieżowy kwaśne deszcze, sok jabłkowy, gwiazdy kina, samochody, mętlik w głowie, wątpliwości. Mucha w zupie na śniadanie.
Bo tutaj wszystko jest na innym poziomie absurdu. Mimo, że wkurwia mnie ostatnio pisanie notek po maksymalnie kilka linijek, dziś również na tym poprzestanę.
Zainhalowałam, a osiadło w żołądku. Cud medycyny ludowej, orientalnej i chujwiejakiej. Osiadło, teraz siedzi i się rozgościło na dobrze. Przypomina o sobie przy każdym oddechu, trochę chyba rośnie. A już na pewno ma konsystencję wielkiej zakalcowatej kluski śląskiej. Niech ginie. Moim skromnym zdaniem.
Dobre myśli nie zakotwiczają się na dłużej. Nie wiem z czego to wynika, nie wiem czy to kwestia mnie, czy kwestia dobrych myśli. Zazwyczaj przynajmniej. Fascynujące jak zupełnie inna atmosfera jest w stanie przywołać skrajnie różne skojarzenie. Namacalne niemalże, żywe zupełnie jakbym stała obok. Jakbym sama czuła gęsią skórkę na mrozie, jakbym się wzdrygnęła z zimna. A gdybym obróciła głowę w prawo, zobaczyłabym wikinga. Tak, to byłby wiking. Jemu nie byłoby zimno, ale z każdym oddechem wypuszczałby z ust obłok pary, a za godzinę czy dwie, na brodzie zacząłby mu się osadzać szron. Nie chciałabym patrzeć bardziej, bo nie wiem w co mógłby być ubrany. Nie wiem dokładnie, ale na pewno składałoby się to z szorstkiej wełny i sztywnego futra zarzuconego na plecy. Tak to widzę. Tak by to było. A gdybym popatrzyła do góry zobaczyłabym niebo. Takie niebo jakie może być tylko w zimie, takie jakiego nie miałam okazji nigdy zobaczyć, bo nigdy nie byłam tak daleko od cywilizacji albo tak dawno temu. Takie, które by było jaśniejsze niż w pochmurny dzień. Na pewno tak by było. A mężczyzna stałby i patrzył. Nie wiem na co, ale patrzyłby bo to tego został stworzony i wyznaczony. Czekałby. Nie wiem na co, ale to nie ma najmniejszego znaczenia. Nie wiem na co patrzyłoby też na niego, co już pewnie nabiera jakiegoś sensu, ale to zupełnie inna historia już. A wszystko to widziałam, jak zamknęłam oczy siedząc na miękkim twardym foteliku wciśnięta jak parówka w hot dogu pomiędzy innych ludzi, a przed sobą mając kilka osób i trochę bardziej kilka instrumentów. Na których grali. Tak to bywa z muzyką.
Gniecie mnie, od środka, rozpycha się paskudnie, trochę wyżera, trochę pęcznieje i generalnie jest niekomfortowe na wszystkich możliwych płaszczyznach. Nie reaguje na łagodne idź sobie, nie reaguje na gwałtowne spierdalaj. Czasem pomaga jak ktoś inny wyręczy w spierdalaj, tak wtedy zdarza się że działa. Niech sobie pójdzie. Niech ginie.
jezusiemaryjo, dane mi nie będzie się wyspać, nieprędko w każdym razie. nie mam kluczy. muszę się spakować. muszę posprzątać. muszę muszę muszę. za dużo rzeczy na raz, za dużo ludzi na raz, potem za dużo alkoholu na raz i za dużo nart na raz. krach systemu korporacji, załamanie kursów giełdowych, niespodziewany wybuch na końcu autostrady. ale ogarnę. zawsze ogarniam, nie ważne czy za dużo złych czy dobrych. ogarnę na pewno jak już tylko się ruszę, jak już wstanę z łóżka i odgarnę kołdrę. na pewno ogarnę.
Jeśli jestem tym co przyswoję, to obecnie składam się z całkiem sporej dawki nowej muzyki. Nowej bo nowej i nowej bo nawet nie sądziłam, że kiedykolwiek będę czegoś takiego słuchać. Nie sądzę, żeby to z wiekiem się zmieniał gust muzyczny, raczej się rozszerza, pęcznieje i akceptuje coraz więcej. Chociaż w pewnym momencie musi przyjść moment załamania. Chwila, od której nagle przestajesz akceptować to co powstaje nowego i zamykasz się w szczelnym kokonie starych dźwięków. Niech będzie i tak. Kiedyś.
Składam się też teraz z całkiem sporej dawki informacji fachowych, ale nie tylko. Informacji całkowicie zbędnych, albo zupełnie przyjemnych mimo że właściwie niepotrzebnych, albo takich, które właściwie powinny i nawet mają jakiś wpływ na życie. Zupełnie mi dziwnie z tym, że piszę w tak poukładany sposób.
Zdecydowanie jednym z bardziej wiarygodnych wyznaczników klasy danego zespołu jest fakt, że z każdym kolejnym przesłuchiwaniem dyskografii zwracam uwagę na inny kawałek i się w nim zakochuję. Przynajmniej na dwa, trzy dni. Tak, przejściowa to miłość, ulotna, krótka i pewnie niewiele warta, ale jako przyrząd wskaźnikowy spisuje się wręcz rewelacyjnie. Dobrze mieć dwie dobre piosenki na dzień. Dwie dobre piosenki na dzień jest bardzo w sam raz.
if you love me won't you let me know?
Wmawiam sobie, że zrobiłam już na dziś tyle ile miałam zrobić i skutecznie zagłuszam poczucie nieuchronnie zbliżającej się katastrofy. W kółko zagłuszam tym samym.
Bo mi się generalnie całkiem dużo podoba. Całkiem dużo wszystkiego mi się, podoba, nie, nie sądzę żeby było w tym coś złego. Podoba mi się to, że mi się wszystko podoba, życie jest wtedy piękniejsze i też się bardziej podoba.
Z ludźmi jest trochę gorzej bo większość jednak bardziej wkurwia niż podoba, ale to też nie na tyle żebym miała ochotę coś z tym robić. Z zasady lepiej mieć w dupiu niż dawać do zrozumienia. Jeśli chodzi o większość, oczywiście. Znacząco miażdżącą większość.
Lubię te momenty kiedy czuję się w zgodzie ze sobą i z tym co w środku i z tym co trochę bardziej na zewnątrz. czerisz.
jak bozię kocham, tyle ciekawych rzeczy będę robić jak to chujostwo zdam. same ciekawe rzeczy. nadrobię zaległości z seriali, przeczytam co najmniej trzy książki, coś napiszę, będę chodzić na basen, codziennie wieczorem oglądnę jeden film. obiecuję. nie narzeknę ani jednym przebąknięciem że mi źle, że mi się nudzi. i nawet się pouczę nefrologii i kardiologii. i farmę też przeczytam. tru story.
i jak już koncert życzeń, to niech mi dziś nie wiercą w zębie. proszę.
o wiem, i wymaluję moją nową szafeczkę na zielono. będzie cacy jak ta lala. tak wykorzystam ten czas do cna. i wyśpię się i będę czytać gazety przy porannej kawie. <3
Dzięki bogu za dźwięki, które wwiercają się przez uszy do mózgu, do niezidentyfikowanego szarego tworu gąbczastego. Tworu, wytworu. Wytworu wyobraźni, niewyobraźni nawet. Wytworu niewiadomoczego, niewiadomo gdzie. W bardzo głębokim środku, w tak głębokim, że tylko czuć jego dalekie pulsowanie. I dobrze, że tylko pulsowanie bo strach pomyśleć co by było gdyby więcej. Kiepska sprawa, bo nawet jak mogę to nie jestem w stanie się przemóc żeby wyrzucić wszystko do końca szczerze. Jeszcze kiepściewiejsza bo nie jestem w stanie sobie wyobrazić nawet okoliczności i możliwości, w których byłabym w stanie. Trochę jakby to było ponad moje możliwości. Trochę jak wyplucie kawałka czegoś bardzo ważnego w środku. Dziwna sprawa. z jednej strony czegoś bardzo przeszkadzającego, ale bardzo ważnego. coś chyba jak wielki kolec, który siedzi w balonie, przebijając go ale blokując ujście powietrza. wyszukana metafora jak sto chujów, nie ma co. chyba naprawdę kiepska sprawa, skoro aż się sama nie mogę nadziwić jak to idiotycznie brzmi. pozbyłam się dziś warstwy ochronnej. wyzbyłam się całkiem dobrowolnie, ale nie do końca świadomie, że aż w takim zakresie. taki mały cieply bufor, który rozdałam dookoła. pochopnie. beztrosko. i teraz czuję się z tym źle. nie z samym rozdaniem, z brakiem. kimżesz ach kim bym była gdybym się z rozdaniem źle czuła. kotłuje się, trochę czarne, ale ze złotawymi przebłyskami, ciężkie, cięższe od ciężkiego, zrobione z czarnej pustej materii. tak puste, że samo do środka się zapada, czarna dziura, zaciągając całą przestrzeń dookoła. zaciągając powietrze, zaciągając dźwięki, powodując gniotący dyskomfort w nadbrzuszu, zniesmaczając aromat kawy, obrzydzając lampkowe światło i zaciążając powietrze. zaciążając powietrze w obrzydliwy, ohydny i oślizgły sposób. amputując całkiem sporą ilość racjonalnych myśli. a ja się tak lekkomyślnie wyzbyłam pulsujacej ciepłą energią ochorony. tak to sobie wyobrażam. jak miękki bufor.
a najgorsze jest to, że nie wiem czy to dla mnie dobrze, czy źle rokuje.
Tak sobie myślę, że no i co z tego. Tak sobie myślę, że fajnie jest sobie czasem nie myśleć. Znacznie fajniej niż zadużomyśleć. Zadużomyślenie gnieździ się i rozpycha, iryt iryt.
nie obiecuj mi że zawsze ze mną pod prąd
Nie wiem, nie mam czasu, zagoniona jestem. Pewnie jakbym się postarała to bym miała czas. Czas się lubi chować, czas jest wytrawnym chowaczem, czasem ciężko go znaleźć. Skubany ten czas. Im więcej napiszę tym krócej pobiegnę. Strasznie brudny mam ten ekran. Ale tak czasem to jednak lubię pomyśleć bo wtedy uśmiechnąć. O.
w międzyczasie tyle myśli, że się kłębią. kołtunią. ze skołtunionego ciężko coś wyciągnąć. miałam o tym, że lubię rzeczy ładne dookoła. ładne zależy i od przedmiotu i od podmiotu. miałam inaczej skonstruować zdanie ale ni chuja nigdy nie wiem które to był przedmiot a które podmiot. porozdzielam i poschizofreniuję się jeszcze trochę. a na koniec i tak zawsze wychodzi na stronę tego optymistycznego ja. zawsze.
Smutno mi jest za każdym razem, gdy się przekonuję, że to prawda z tym była. Stos książek do przeczytania ciągle rośnie, gości się na półce, zerkając z wyrzutem. Potem idę do księgarni i on jeszcze bardziej rośnie. Są Święta i znowu rośnie. Pożyczam i też rośnie. Nigdy się nie skończy. Choćby nie wiem co się działo, nie przeczytam w swoim życiu wszystkich książek, które chciałabym przeczytać. Nie zdążę. Nie przeczytam wszystkich tych, które na mnie czekają. Nie przeczytam wszystkich tych, o których istnieniu się nigdy nawet nie dowiem. Nie przeczytam tych, które powinnam bo są klasyką, bo chcę czytać to co mnie bawi i wciąga, nawet jeśli nie jest górnolotne. Nie przeczytam tego co mnie bawi i wciąga bo jest tego za dużo. Nie oglądnę filmów. Nie dokończę oglądać seriali. Smutno mi.